Dziś mam 36 urodziny. Życzę sobie, żeby wszyscy drodzy mi ludzie umierali we śnie, mając setkę z hakiem, w dobrym zdrowiu, spełnieni, spokojni. Samej sobie też tego życzę. Żadnych raków czy innych potworności.
Matkarzezbiarka
piątek, 25 lutego 2011
środa, 23 lutego 2011
Romeczka
Trzy dni temu, o 19 zmarła moja Roma. Dziś zadzwonił Andrzej.
Romeczko, nawet jeśli pana Boga nie ma, to wiedz, że w mojej pamięci masz już na zawsze swoje Niebo. I nie martw się, to nie przez Ciebie nie robię urodzin. Dziękuję za wszystko, za to Twoje dobre serce. Za wszystko.
Romeczko, nawet jeśli pana Boga nie ma, to wiedz, że w mojej pamięci masz już na zawsze swoje Niebo. I nie martw się, to nie przez Ciebie nie robię urodzin. Dziękuję za wszystko, za to Twoje dobre serce. Za wszystko.
poniedziałek, 14 lutego 2011
Równo rok temu. I inneł.
Napisałam ten post.
http://zzyciamatkirzezbiarki.blogspot.com/2010/02/przypadkich-niektorych-ludzi.html
Z jednej strony wydaje mi się to jakieś nieodległe wczoraj, z drugiej wieki całe. Ciągle się coś dzieje, drobiazgi, nic wielkiego, a jednak to morze zdarzeń. Z tych dużych-przyszedł wypis z ksiąg wieczystych, na którym czarno na białym stoi, że jesteśmy właścicielami 66 arów ziemi beskidzkiej. Czyli nikt nam już nic z tym nie zrobi, państwo przybiło pieczęć.
Z innych-syn. Działa . Non stop. Ma teraz manię wyraźnego wymawiania końcówek wyrazów. I zaczął być współczujący. Żałuje nas ciągle"Mamusiu, ale ty jesteś biedaczka, że ja ciągleł robieł kupeł w gacieł". Mnie rozwaliło trochę emocjonalnie tych "pareł" wiosennych dni, z wiatrem , i nieco bywam zamyślona. Wczoraj koło 16 zauważyłam, że młode ma buty założone na odwrót. W ciągu dnia parę razy pomyślałam nawet, że tak mu te palce jakoś bardzo wystają, ależ te dzieci rosną... Aż przyjrzałam się dokładnie i dotarło do mej zamyślonej głowiny. Chciałam zmienić, ale Roch się uparł, że tak mu odpowiada. Dobrze, pomyślałam, jak chcesz. Dziś mu podaje prawy , żeby ubrał na prawą nogę, a słodki syneczek uparciuszek informuje"Kulwa, nie na toł nogeł". Umył wszystkie lustra i okna moim lakierem do włosów. Dom przez chwilę wyglądał jak mieszkanie schizofrenika. Schował mi kapcie w kominku. Zimnym , ale pełnym popiołu. Spytany dlaczego, poważnie odparł, że nie może powiedzieć. Nie naciskałam. Na pewno nie zrobił tego złośliwie. Ewidentnie to jakaś cześć większej historii, być może np. uzgodnionej wcześniej z kotem. Zatopił w wannie ze mną w środku swój statek (kocham ciche, samotne chwile w wannie, ciche, samotne chwile w wannie, ciche...samotne...) i zaczął śpiewać hymn Polski. "Dlaczego śpiewasz hymn?" pytam. "To pieśń na cześć ofiar katastrofy okrętu" odpowiada dziecko Smoleńska, przeżywające bardzo to, co się stało 10 kwietnia. Może nie wypada pisać, ale zastałam go parę razy na zabawie w katastrofę prezydenckiego samolotu, w której to zabawie na koniec Roch jest Jarosławem K. przemawiającym w telewizji. Idealnie naśladującym pana J. Z charakterystycznymi cmoknięciami w przerwach przemówienia. Nie wiem, co mam z tym zrobić.
Jutro mały jedzie do Rzeszowa do Dziadków na dwa tygodnie. Z jednej strony dobrze, bo od 3 tyg. z powodu ostrej walki z pieluchą Lolo siedzi w domu, wiec mi już ze łba dymi. Powyższa wzmianka o działającym non stop Synu to dwa dni, wczoraj i dziś. A wyobraźmy sobie takie trzy tygodnie i ten falstart wiosny, z dezorganizującym mój umysł wiatrem, i jest- tzw. zmęczenie materiału zwanego Matkąrzezbiarką.
Wróci utuczony i rozpieszczony. Tak sobie mówię.
No więc cieszę się, że jedzie. Tak sobie mówię.
Z drugiej strony, dzieciuś mi tu właśnie siedzi na kolanach, trzyma lepkimi łapkami ( co on znów dotykał?!) za buzię, patrząc poważnie w oczy i mówiąc, że mnie kocha, i i że będzie tęsknił, a ja już tęsknię:-(
Ps. Chętnie podejmę zabawę zaproponowana przez Żółwicę, ale czas, muszę mieć czas w dzień, żeby się zastanowić. Jutro. Pojutrze. I dziękuje za zaproszenie do niej:)
http://zzyciamatkirzezbiarki.blogspot.com/2010/02/przypadkich-niektorych-ludzi.html
Z jednej strony wydaje mi się to jakieś nieodległe wczoraj, z drugiej wieki całe. Ciągle się coś dzieje, drobiazgi, nic wielkiego, a jednak to morze zdarzeń. Z tych dużych-przyszedł wypis z ksiąg wieczystych, na którym czarno na białym stoi, że jesteśmy właścicielami 66 arów ziemi beskidzkiej. Czyli nikt nam już nic z tym nie zrobi, państwo przybiło pieczęć.
Z innych-syn. Działa . Non stop. Ma teraz manię wyraźnego wymawiania końcówek wyrazów. I zaczął być współczujący. Żałuje nas ciągle"Mamusiu, ale ty jesteś biedaczka, że ja ciągleł robieł kupeł w gacieł". Mnie rozwaliło trochę emocjonalnie tych "pareł" wiosennych dni, z wiatrem , i nieco bywam zamyślona. Wczoraj koło 16 zauważyłam, że młode ma buty założone na odwrót. W ciągu dnia parę razy pomyślałam nawet, że tak mu te palce jakoś bardzo wystają, ależ te dzieci rosną... Aż przyjrzałam się dokładnie i dotarło do mej zamyślonej głowiny. Chciałam zmienić, ale Roch się uparł, że tak mu odpowiada. Dobrze, pomyślałam, jak chcesz. Dziś mu podaje prawy , żeby ubrał na prawą nogę, a słodki syneczek uparciuszek informuje"Kulwa, nie na toł nogeł". Umył wszystkie lustra i okna moim lakierem do włosów. Dom przez chwilę wyglądał jak mieszkanie schizofrenika. Schował mi kapcie w kominku. Zimnym , ale pełnym popiołu. Spytany dlaczego, poważnie odparł, że nie może powiedzieć. Nie naciskałam. Na pewno nie zrobił tego złośliwie. Ewidentnie to jakaś cześć większej historii, być może np. uzgodnionej wcześniej z kotem. Zatopił w wannie ze mną w środku swój statek (kocham ciche, samotne chwile w wannie, ciche, samotne chwile w wannie, ciche...samotne...) i zaczął śpiewać hymn Polski. "Dlaczego śpiewasz hymn?" pytam. "To pieśń na cześć ofiar katastrofy okrętu" odpowiada dziecko Smoleńska, przeżywające bardzo to, co się stało 10 kwietnia. Może nie wypada pisać, ale zastałam go parę razy na zabawie w katastrofę prezydenckiego samolotu, w której to zabawie na koniec Roch jest Jarosławem K. przemawiającym w telewizji. Idealnie naśladującym pana J. Z charakterystycznymi cmoknięciami w przerwach przemówienia. Nie wiem, co mam z tym zrobić.
Jutro mały jedzie do Rzeszowa do Dziadków na dwa tygodnie. Z jednej strony dobrze, bo od 3 tyg. z powodu ostrej walki z pieluchą Lolo siedzi w domu, wiec mi już ze łba dymi. Powyższa wzmianka o działającym non stop Synu to dwa dni, wczoraj i dziś. A wyobraźmy sobie takie trzy tygodnie i ten falstart wiosny, z dezorganizującym mój umysł wiatrem, i jest- tzw. zmęczenie materiału zwanego Matkąrzezbiarką.
Wróci utuczony i rozpieszczony. Tak sobie mówię.
No więc cieszę się, że jedzie. Tak sobie mówię.
Z drugiej strony, dzieciuś mi tu właśnie siedzi na kolanach, trzyma lepkimi łapkami ( co on znów dotykał?!) za buzię, patrząc poważnie w oczy i mówiąc, że mnie kocha, i i że będzie tęsknił, a ja już tęsknię:-(
Ps. Chętnie podejmę zabawę zaproponowana przez Żółwicę, ale czas, muszę mieć czas w dzień, żeby się zastanowić. Jutro. Pojutrze. I dziękuje za zaproszenie do niej:)
piątek, 28 stycznia 2011
Jak wybrałam sie do miasta...
Wczoraj pojechałam do miasta. Najpierw odebrałam pieniądze z Muzeum za oprawę scenograficzną dla Mistrza Liao, potem postanowiłam trochę z tych pieniędzy wydać, na poczet urodzin, bo do 25 lutego rozpłynęły by się jak przysłowiowa mgła, a raz na rok trzeba przecież sobie coś ładnego kupić.
Z satysfakcją osoby majętnej, chwilowo bo chwilowo, ale jednak, szłam Marszałkowską, patrząc na eleganckich ludzi i szukałam miejsca, gdzie mogła bym zjeść coś dobrego. Przystanęłam przed wielką witryną, za którą była miło wyglądająca restauracja. Przed restauracją menu za szybką z pleksi. Studiując spis dań dotknęłam palcem szybki i ta odpadła . Siedzący tuż za szybą facet popatrzył z zainteresowaniem i lekka kpiną w oczach, obsługa zebrała się za barem, patrząc z niepokojem . Stremowałam się i drżącymi rekami próbowałam wstawić szybkę , mówiąc w duszy mantrę "Jesteś w końcu rzeźbiarką, dasz radę, materia ma cię słuchać, jesteś w końcu rzeźbiarka, dasz radę...materia..." Udało mi się, facet znów zaczął jeść, obsługa wróciła do swoich obowiązków, a ja pomyślałam" Ooo, nie możesz być cieniarą, zjesz właśnie tu, pokarzesz im" i weszłam do środka.
Zamówiłam jedzenie, dostałam je i zaczęłam jeść czytając gazetę. Potem spokojnie ubrałam się i kiedy już byłam w drzwiach usłyszałam za sobą wołanie pani z obsługi" Proszę pani!". Wszyscy przestali jeść, rozmowy ucichły. Facet z kpiącym wzrokiem znów popatrzył z zainteresowaniem. "Chyba czegoś zapomniałam zabrać", pomyślałam, a pani woła na całą knajpę "Nie zapłaciła pani!". "Nieee??" wyrwało mi się, i to ostanie "E" było powiedziane cieniutkim głosikiem.
Uffff...
Potem, chcąc zagłuszyć ten przykry incydent poszłam do perfumerii Sephora. Kupić sobie prezent. Stojąc już z zakupami przy kasie , tuż przed starszą, nobliwą panią, mająca w koszyczku błyszczyk do ust za 160 zł., zaczęłam obserwować eleganckiego pana, około siedemdziesiątki, któremu młode dziewczę robiło manicure. Dziewczę mówiło do pana" Dawno pan u nas nie był, już myślałyśmy, że zdradził nas pan dla innego miejsca" a pan , bardzo sympatyczny, odpowiedział" Byłem u siebie na wsi, wiesz, że czasem muszę tam jechać". No i stało się. Zaczęłam się bawić myślami. Wyobraziłam sobie, że ten pan niekoniecznie musi być bogatym biznesmenem, naukowcem albo aktorem. Może to zwykły pan Kazio, na przykład, który odkładając pieczołowicie z emeryturki, raz na jakiś czas uzbiera pewną sumę, idzie do perfumerii, kłamie tam o jakimś swoim wydumanym Błękitnym Zamku, chociaż przez chwilę pławi się w luksusie, a młode dziewczę zabawiając go rozmową pielęgnuje swoimi ślicznymi rączkami jego dłonie. I ...
"Płaci pani tyle i tyle" ,brutalnie wyrwała mnie z zamyślenia kasjerka, śliczna jak i tamta manicurzystka. Podałam pieniądze , jeszcze mocno zamyślona, a ona do mnie" Zapakować coś na prezent?". "Tak, ucieszyłam się, prezenciki zawsze mile widziane!". Ona zrobiła "Yyyyy" i w tym momencie po prostu ZOBACZYŁAM, JAK Z JEJ TWARZY ZNIKA WSZELKA MYŚL. I natychmiast domyśliłam się, że nie chodzi o próbki, jakie czasem dostaję przy zakupach, tylko o to, czy to, co kupiłam zapakować na prezent komuś. Czyli że ładnie, w śliczne pudełeczko.
Świat na chwilę zastygł ...
Ufffff.
Chcąc zagłuszyć wspomnienie nr 1 i ,już niestety, 2 , poszłam kupić sobie buty. Kupiłam, fajne i dobrej firmy, bo takie ładnie się starzeją i można długo nosić. Kiedy przyjechałam do domu przymierzyłam i zostawiłam w przedpokoju. Po godzinie ,idąc do łazienki zobaczyłam, że Folga kończy zżerać tył jednego z tych cudów, co to w niego zainwestowałam na długie lata.
Uffff.
Zabrałam jej to obuwnicze truchło. Usiadłam i zaczęłam myśleć, intensywnie, żeby Folgi nie rozszarpać jak ten dziki zwierz. To nie była jej wina. Toż to zwykłe bydlątko i może się pomylić. Pomyślałam sobie, że ten dzień był w gruncie rzeczy śmieszny, że jeszcze nie dotknęłam dna, jak wtedy, kiedy odbyłam pamiętną podróż ekspresem Warszawa-Rzeszów, 10 lat temu. I jak przypadek znajomego, który zabrawszy z domu dwie rzeczy-fotelik samochodowy córeczki i worek śmieci, fotelik wyrzucił do zsypu, worek starannie umieścił w bagażniku. Rano przyjechała śmieciara, fotelik przepadł, śmiecie zostały.
Że te buty się jakoś obetnie i zrobi takie botki przed kostkę, będą służyć nawet do wczesnego lata, bo po co mi kozaki, kiedy zima się niedługo skończy...
A teraz idę robić coś , co kocham, czyli wziąć długą , gorącą kąpiel. Bo , parafrazując sławne powiedzenie o szklance, "moja wanna jest zawsze do połowy pełna" ;)
Ps. Prawda, że dna nie osiągnęłam? Prawda???
Z satysfakcją osoby majętnej, chwilowo bo chwilowo, ale jednak, szłam Marszałkowską, patrząc na eleganckich ludzi i szukałam miejsca, gdzie mogła bym zjeść coś dobrego. Przystanęłam przed wielką witryną, za którą była miło wyglądająca restauracja. Przed restauracją menu za szybką z pleksi. Studiując spis dań dotknęłam palcem szybki i ta odpadła . Siedzący tuż za szybą facet popatrzył z zainteresowaniem i lekka kpiną w oczach, obsługa zebrała się za barem, patrząc z niepokojem . Stremowałam się i drżącymi rekami próbowałam wstawić szybkę , mówiąc w duszy mantrę "Jesteś w końcu rzeźbiarką, dasz radę, materia ma cię słuchać, jesteś w końcu rzeźbiarka, dasz radę...materia..." Udało mi się, facet znów zaczął jeść, obsługa wróciła do swoich obowiązków, a ja pomyślałam" Ooo, nie możesz być cieniarą, zjesz właśnie tu, pokarzesz im" i weszłam do środka.
Zamówiłam jedzenie, dostałam je i zaczęłam jeść czytając gazetę. Potem spokojnie ubrałam się i kiedy już byłam w drzwiach usłyszałam za sobą wołanie pani z obsługi" Proszę pani!". Wszyscy przestali jeść, rozmowy ucichły. Facet z kpiącym wzrokiem znów popatrzył z zainteresowaniem. "Chyba czegoś zapomniałam zabrać", pomyślałam, a pani woła na całą knajpę "Nie zapłaciła pani!". "Nieee??" wyrwało mi się, i to ostanie "E" było powiedziane cieniutkim głosikiem.
Uffff...
Potem, chcąc zagłuszyć ten przykry incydent poszłam do perfumerii Sephora. Kupić sobie prezent. Stojąc już z zakupami przy kasie , tuż przed starszą, nobliwą panią, mająca w koszyczku błyszczyk do ust za 160 zł., zaczęłam obserwować eleganckiego pana, około siedemdziesiątki, któremu młode dziewczę robiło manicure. Dziewczę mówiło do pana" Dawno pan u nas nie był, już myślałyśmy, że zdradził nas pan dla innego miejsca" a pan , bardzo sympatyczny, odpowiedział" Byłem u siebie na wsi, wiesz, że czasem muszę tam jechać". No i stało się. Zaczęłam się bawić myślami. Wyobraziłam sobie, że ten pan niekoniecznie musi być bogatym biznesmenem, naukowcem albo aktorem. Może to zwykły pan Kazio, na przykład, który odkładając pieczołowicie z emeryturki, raz na jakiś czas uzbiera pewną sumę, idzie do perfumerii, kłamie tam o jakimś swoim wydumanym Błękitnym Zamku, chociaż przez chwilę pławi się w luksusie, a młode dziewczę zabawiając go rozmową pielęgnuje swoimi ślicznymi rączkami jego dłonie. I ...
"Płaci pani tyle i tyle" ,brutalnie wyrwała mnie z zamyślenia kasjerka, śliczna jak i tamta manicurzystka. Podałam pieniądze , jeszcze mocno zamyślona, a ona do mnie" Zapakować coś na prezent?". "Tak, ucieszyłam się, prezenciki zawsze mile widziane!". Ona zrobiła "Yyyyy" i w tym momencie po prostu ZOBACZYŁAM, JAK Z JEJ TWARZY ZNIKA WSZELKA MYŚL. I natychmiast domyśliłam się, że nie chodzi o próbki, jakie czasem dostaję przy zakupach, tylko o to, czy to, co kupiłam zapakować na prezent komuś. Czyli że ładnie, w śliczne pudełeczko.
Świat na chwilę zastygł ...
Ufffff.
Chcąc zagłuszyć wspomnienie nr 1 i ,już niestety, 2 , poszłam kupić sobie buty. Kupiłam, fajne i dobrej firmy, bo takie ładnie się starzeją i można długo nosić. Kiedy przyjechałam do domu przymierzyłam i zostawiłam w przedpokoju. Po godzinie ,idąc do łazienki zobaczyłam, że Folga kończy zżerać tył jednego z tych cudów, co to w niego zainwestowałam na długie lata.
Uffff.
Zabrałam jej to obuwnicze truchło. Usiadłam i zaczęłam myśleć, intensywnie, żeby Folgi nie rozszarpać jak ten dziki zwierz. To nie była jej wina. Toż to zwykłe bydlątko i może się pomylić. Pomyślałam sobie, że ten dzień był w gruncie rzeczy śmieszny, że jeszcze nie dotknęłam dna, jak wtedy, kiedy odbyłam pamiętną podróż ekspresem Warszawa-Rzeszów, 10 lat temu. I jak przypadek znajomego, który zabrawszy z domu dwie rzeczy-fotelik samochodowy córeczki i worek śmieci, fotelik wyrzucił do zsypu, worek starannie umieścił w bagażniku. Rano przyjechała śmieciara, fotelik przepadł, śmiecie zostały.
Że te buty się jakoś obetnie i zrobi takie botki przed kostkę, będą służyć nawet do wczesnego lata, bo po co mi kozaki, kiedy zima się niedługo skończy...
A teraz idę robić coś , co kocham, czyli wziąć długą , gorącą kąpiel. Bo , parafrazując sławne powiedzenie o szklance, "moja wanna jest zawsze do połowy pełna" ;)
Ps. Prawda, że dna nie osiągnęłam? Prawda???
środa, 26 stycznia 2011
Baśń o alter wszechświecie Net.
Razu pewnego powstał alter wszechświat Net. Zbudowany był z dwóch elementów-zera i jedynki. W Necie istnienia objawiały się przede wszystkim za pomocą liter. Istniała teleportacja, można było w ułamku sekundy znaleźć się na jego krańcu, w każdym jego miejscu. Niekiedy przez to jego skomplikowany ogrom wydawał się być ciasny. Nie było zmysłów, bo nie było ciał, istnienia obierały sobie awatary, obrazy, dawały sobie imiona nazywane Nikami , ale nikt tak na prawdę nie wiedział, czy widok na awatarze, obrazie lub filmie to prawda. W Necie nie było nasycenia, nienasycenia, fizycznego bólu, były tylko słowa o bólu. Przez to Netanie nie mogli obdarować się prawdziwymi smakami, dotykiem, mogli obdarować się miłością, sympatia lub nienawiścią. Kiedy ktoś pisał-jest ci zimno, nie było. Nie mogło być. Kiedy pisał-kocham cie, zaczynała istnieć miłość. Dlatego też w Necie najsilniejsze były Uczucia. Wszystko obracało się wokół Uczuć.
W Necie zamiast ciała istniało Ego. Byli Netanie z dużym Ego, niektórzy spokojni i mądrzy, inni głupi, wywołujący wojny, wojny na litery, głupi, bo co zostanie zapisane, jest zapisane, nie ulatuje jak wypowiedziane na głos słowo. Inni zaś , cisi, słabsi lub nieśmiali, grzali się w sile mądrych, jeszcze inni, cisi, słabsi lub nieśmiali, ulegali niepojętej mocy głupich. W necie walutą była Racja. Wszyscy chcieli mieć Rację. Posiadanie dużej ilości Racji pozwalało w netańskim mniemaniu mieć władzę. A władza kusi, w każdym wszechświecie.
Wybuchały wojny, bitwy, rozpadały się społeczności w walce o Rację, Netanie pragnęli Racji i Racji. Chcieli w słupkach zbudowanych z liter zawsze kłaść swoją rację na górze, na wierzchu, na czyjejś Racji. Budowali góry z Racji. Czasem pośród wojny Racja , rozszarpana na kawałki znikała, a Netanie nadal walczyli, siłą rozpędu i złości , kiedy powracali do zapisanych nieodwracalnie liter.
Istniały na szczęście całe rzesze Netan, którzy chcieli mieć tylko tyle Racji, aby móc godnie żyć, móc liczyć na garść sprawdzonych przyjaciół, bezpieczne miejsce .
Narkotykiem w Necie była Popularność. Niejeden dobry Netanin obrócił się w zerojedynkowy bełkot na skutek jej podstępnych działań.
Net to był cały alter wszechświat, pozornie stabilny, pozornie bezpieczny, ale któregoś dnia skończył się prąd...
Próbuję sobie tam znaleźć miejsce.
W końcu sama zaprosiłam w dom mój jedną z biliona głów tej Hydry;)
W Necie zamiast ciała istniało Ego. Byli Netanie z dużym Ego, niektórzy spokojni i mądrzy, inni głupi, wywołujący wojny, wojny na litery, głupi, bo co zostanie zapisane, jest zapisane, nie ulatuje jak wypowiedziane na głos słowo. Inni zaś , cisi, słabsi lub nieśmiali, grzali się w sile mądrych, jeszcze inni, cisi, słabsi lub nieśmiali, ulegali niepojętej mocy głupich. W necie walutą była Racja. Wszyscy chcieli mieć Rację. Posiadanie dużej ilości Racji pozwalało w netańskim mniemaniu mieć władzę. A władza kusi, w każdym wszechświecie.
Wybuchały wojny, bitwy, rozpadały się społeczności w walce o Rację, Netanie pragnęli Racji i Racji. Chcieli w słupkach zbudowanych z liter zawsze kłaść swoją rację na górze, na wierzchu, na czyjejś Racji. Budowali góry z Racji. Czasem pośród wojny Racja , rozszarpana na kawałki znikała, a Netanie nadal walczyli, siłą rozpędu i złości , kiedy powracali do zapisanych nieodwracalnie liter.
Istniały na szczęście całe rzesze Netan, którzy chcieli mieć tylko tyle Racji, aby móc godnie żyć, móc liczyć na garść sprawdzonych przyjaciół, bezpieczne miejsce .
Narkotykiem w Necie była Popularność. Niejeden dobry Netanin obrócił się w zerojedynkowy bełkot na skutek jej podstępnych działań.
Net to był cały alter wszechświat, pozornie stabilny, pozornie bezpieczny, ale któregoś dnia skończył się prąd...
Próbuję sobie tam znaleźć miejsce.
W końcu sama zaprosiłam w dom mój jedną z biliona głów tej Hydry;)
sobota, 22 stycznia 2011
Koty i psy.
Jak wiadomo, nie mieszkamy sami. Nasze trzy koty i dwa psy zajmują całkiem sporą przestrzeń w małym, sześćdziesięciometrowym domu. A ja-no cóż, nie jestem słodką pańcią, co to nie wyrzuci kota z fotela, jeśli ma wielką ochotę na tym fotelu usiąść. No nie zawsze, prawdę mówiąc, czasem futrzak mnie czymś przekona, ale często bywam bezlitosna. Ostatnio znajoma, która pierwszy raz widziała mnie wprowadzająca subordynację za pomocą ściery powiedziała nieco oburzona"Nie wiedziałam, że jesteś TAKA." A ja jako dziecko często bywałam na wsi i przesiąkłam życiowym i pragmatycznym podejściem do zwierząt. Moje psy nigdy nie leżą na łóżku czy fotelu, bo tam ma być czysto, koty nigdy nie chodzą po stole. Przynajmniej przy mnie, choć czasem mam wrażenie, że ze stołu sfruwa jakaś mgła, kiedy wchodzę do kuchni, ale to na pewno tylko wrażenie...
Podłogę muszę myć dwa razy w tygodniu, odkurzać co drugi dzień, forsy na żarcie idzie mnóstwo a bynajmniej delicji w miskach nie ma. Jak które zachoruje na koncie pojawia się debet. Czasem mocno mnie to męczy i wkurza. Ale też nigdy nasze zwierzęta nie są głodne, a w niedzielę zawsze dostają bonus smakowy, musi być i już. Zwierzę to stwór boski jak i my, musi mieć święto jak i my.
Często obserwuję te domowe futrzane dziwa, bo dziwami są, zaskakują mnie cały czas. Np. jak kot rozmawia z psem. Pies leży, podchodzi do niego kot.
Pies wali, wg. kota, wściekle ogonem po bokach. Kot, wg. psa warczy zajadle. Ale puenta jest zupełnie niespodziewana." Mogę się przytulić?" Pyta kot. "ONA(czyli ja) znów nie ma czasu".
"A przytulaj się, odpowiada pies, dla mnie tez nie ma czasu. Mogę ci nawet wylizać pysk i powygryzać pchły".
Można by było pomyśleć, że w domu ze ścierą i niepodważalnymi zakazami czworonogi są zestresowane. A mi się wydaje , że jeśli czują silnego człowieka, to są rozluźnione, bezpieczne. Zaopiekowane.
Ciągle natykam się na takie widoki:
I się uśmiecham. Bo to odkurzanie, mycie, ścierę, mnóstwo forsy zamieniam na prawdziwy , szczery uśmiech ( bo ręczę, że jak najbardziej można się uśmiechnąć do kota) , na spokój , którego dostarczają zarówno słodko śpiąc, jak i będąc ochroniarzami w nocnym lesie, do którego dzięki psom w końcu często się sama wybieram.
No i czy nie warto? Czyż to nie prawdziwie pragmatyczne ?
;)
wtorek, 18 stycznia 2011
Czar zimy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
