Śniło mi się, ze obudziłam się z bólem gardła, i leżąc z Rochulcem w kocach i kołdrach oglądam jakąś telewizje śniadaniową. Pani z panią rozmawia o diecie, czy czymś takim. Nagle pani prowadząca dotyka ucha, w którym ma słuchawkę i przerywa pani gościowi, mówiąc, że ma do przekazania pilną nowość. Oznajmia, że samolot prezydencki miał wypadek , trwa akcja ratunkowa, i więcej nie wiadomo nic. Ja spokojnie tulę Roszka, popijamy herbatę z miodem. Wyobrażam sobie nieco przestraszonych notabli, otrzepujących swoje eleganckie płaszcze. A pani nagle zmienia się na twarzy i mówi, że samolot uległ katastrofie i prawdopodobnie nikt nie przeżył. Przełączają do innego, typowo informacyjnego studia a tam słychać płacz, normalny, szczery ludzki płacz gdzieś zza kamery. Bieganina. Pojawia się pani prowadząca, zaryczana.
Ja siedzę z małym, "Śnię przecież," myślę , no bo jak, jak inaczej. No tak, to przecież Katyń, katyński las, no tak, jasne, naoglądałam się za dużo filmów i programów o tym, Babcia mi za dużo opowiadała, i teraz mam, mózg mi projektuje jakaś surrealną rzeczywistość.
Miałam już kiedyś taki sen, o stokroć gorszy nawet, kiedy w ogromnym mieście samoloty pełne ludzi rozbijały się o drapacze chmur. Pamiętam, moja siostra wróciła z dyżuru, zasiadła przed telewizorem, gdzie siedzieliśmy prawie bez tchu, Tata pracował wtedy obok tych budynków, z których nic nie zostało. No więc siedzimy struchleli, ja , Mama, szwagier, wchodzi siostra, zajada się kanapkami, macha pogodnie nogą. Patrzymy na nią jak na ducha, a ona beztrosko pyta, czy to dokument o efektach specjalnych. Wyjaśniamy, ona odsuwa jedzenie.
Nie wyobrażam sobie ogromu rozpaczy ludzi, którzy dowiadują się z telewizji, że ich Mama, Tata, Brat, Siostra, Żona, nagle tak po prostu przestali istnieć, że już nigdy. Ogromne kondolencje.
sobota, 10 kwietnia 2010
środa, 7 kwietnia 2010
O tak sobie bez tytułu

Trafiłam przypadkiem na te zdjęcia to piszę tu wszem i wobec-KTOKOLWIEK WIE COŚ O TYM ROBIONYM PRAWIE DWA MIESIĄCE PRZEZ MOJEGO MĘŻA PRZEDMIOCIE NIECH NATYCHMIAST DA ZNAĆ, BĘDZIE NAGRODA!!!
Ale wiem, wiem, to wołanie na puszczy, złomiarze dawno pocięli i sprzedali na kilogramy. Niech im ziemia lekką nie będzie...
Ale ładny był, co?
A to zdjęcie "Ja w pracy", mieszkanie fajnego inwestora otwartego na tak zwane nowe . Na razie mam w głowie pustkę kapustkę. Gdyby chciał antyczny tors czy łeb wilka-luz, ale on mówi "Może być wszystko". A wszystko to pojecie groźne ogromne. Czasem.
No więc zdjęcie, autor Roch.
Ostatnio wybraliśmy się z Babciami w bardzo daleką podróż, a mianowicie w czasie. Pokonawszy sto lat wstecz postanowiliśmy odwiedzić zakład fotograficzny na Ząbkowskiej, bo sądziliśmy, i nadal sadzimy, że bez nijakich dowodów nikt nam nie uwierzy. A wiadomo, że na Pradze najtaniej, lumpenproletariat. Oto my.
Byłam dziś w lesie. Usłyszałam klangor żurawi gdzieś wysoko. Człowiek słuchający żurawi wygląda tak.
A to moje wiosenne psy.
Folga to kilwater normalnie za sobą zostawia w wodzie, i jak do niej wpada, i jak płynie, i jak wypada. A potem szukała czegoś i szukała i znalazła patyk. Zaniosła do domu, pewnie z myślą o ognisku, bo ta woda to była zimna, oj zimna.
I w ogóle jest znów zimno. Bo kwiecień to jak Państwo wiedza, tak przeplata, jak to dziś w telewizji powiedział pan Kret.
I ja kończę pleść. Pa. Do zobaczenia.
wtorek, 6 kwietnia 2010
Co daje nam poczucie szczęścia
Między innymi.
Ładna pogoda w Wielką Niedzielę. Piękny , suto zastawiony stół, który wręcz ugina się od umieszczonych na nim kalorii, czekających na przedostanie się do naszych bezbronnych ciał. Las za oknem, a po południu ciężki krok podczas samotnego spaceru, kaczki na Białym Ługu, pies pędzący za patykiem do wody, zapach nagrzanych sosnowych igieł, ślad żmii na piasku. To wszystko w lekkich oparach dobrze zmrożonej wódeczki, pitej od 11 tylko w ten jeden dzień w roku.
Powrót ze spaceru, a tam śniadanie trwa, Ciocia nadal polewa cytryną tatara na każdym talerzu, czy ktoś chce, czy nie, Roch szczęśliwy bawi się dostaną na urodziny koparą w wersji gigant, Teść polewa z warszawską galanterią, pytając "no, wypyly, nie wypyly?" a Teściowa po raz kolejny proponuje"cherbatkie, kawkie?". Siedzieć, patrzeć, zapamiętać, śmiać sie w duszy, że w lesie non stop spiewały ptaki, a tu non stop szczękają sztućce.
A w Lany Poniedziałek zdybać swoje dziecko myjące kuzynkę starą szczotka do mycia samochodu, wodą stojąca w garażu. Oboje byli w 100% szczęśliwi i nie przeszkadzał im w tym gil do pasa.
Dobre plany na przyszłość.
Wyspanie się w końcu.
Dziecię w przedszkolu;)
Dopisane.
Chciałbym bardzo podziękować mojej nowej warszawskiej Rodzinie za przygarnięcie włóczęgi z Galicji, zaadoptowanie,i tak, ośmielę się to napisać, chyba nawet pokochanie. Dziękuję>
Ładna pogoda w Wielką Niedzielę. Piękny , suto zastawiony stół, który wręcz ugina się od umieszczonych na nim kalorii, czekających na przedostanie się do naszych bezbronnych ciał. Las za oknem, a po południu ciężki krok podczas samotnego spaceru, kaczki na Białym Ługu, pies pędzący za patykiem do wody, zapach nagrzanych sosnowych igieł, ślad żmii na piasku. To wszystko w lekkich oparach dobrze zmrożonej wódeczki, pitej od 11 tylko w ten jeden dzień w roku.
Powrót ze spaceru, a tam śniadanie trwa, Ciocia nadal polewa cytryną tatara na każdym talerzu, czy ktoś chce, czy nie, Roch szczęśliwy bawi się dostaną na urodziny koparą w wersji gigant, Teść polewa z warszawską galanterią, pytając "no, wypyly, nie wypyly?" a Teściowa po raz kolejny proponuje"cherbatkie, kawkie?". Siedzieć, patrzeć, zapamiętać, śmiać sie w duszy, że w lesie non stop spiewały ptaki, a tu non stop szczękają sztućce.
A w Lany Poniedziałek zdybać swoje dziecko myjące kuzynkę starą szczotka do mycia samochodu, wodą stojąca w garażu. Oboje byli w 100% szczęśliwi i nie przeszkadzał im w tym gil do pasa.
Dobre plany na przyszłość.
Wyspanie się w końcu.
Dziecię w przedszkolu;)
Dopisane.
Chciałbym bardzo podziękować mojej nowej warszawskiej Rodzinie za przygarnięcie włóczęgi z Galicji, zaadoptowanie,i tak, ośmielę się to napisać, chyba nawet pokochanie. Dziękuję>
czwartek, 1 kwietnia 2010
Czego powinniśmy unikać
Przyrządzania wystawnej kolacji, wystawnej z okazji urodzin małżonka, z lizakiem chupa chups o smaku truskawkowym w ustach. Gdy zapomnimy o tym lizaku, co nie znaczy, że jego intensywny, opracowany przez kilkudziesięciu superspecjalistówe smak syntetycznej truskawki nie będzie z nami, zestaw przypraw dodanych do kurzych nóg zapiekanych z warzywami może być eksperymentalny. Na szczęście mój mąż jest jak szczur, zje wszystko (sam tak o sobie mówi) a syn nie ma jeszcze sprecyzowanego gustu. Odpowiedni napój i spokojnie można jeść.
W porannej telewizji widziałam, jak jedna wielka gwiazda ogłosiła, że do tego, kto pierwszy dodzwoni się do niej na nr ... przyjedzie na imprezę, a raczej ją uświetni swoją osobą. I nikt nie zadzwonił, robiło się coraz niezręczniej , wszyscy zaczęli gadać o czymś innym, aż w końcu ktoś ją zaprosił na dwudziesta piątą rocznicę ślubu do Rudnej Małej w podkarpackim. Bogu dziękować, bo i ja zaczęłam czuć coraz mocniejsze zarzenowanie.
Żart. Nic takiego się nie wydarzyło. Prima aprilis:)
W porannej telewizji widziałam, jak jedna wielka gwiazda ogłosiła, że do tego, kto pierwszy dodzwoni się do niej na nr ... przyjedzie na imprezę, a raczej ją uświetni swoją osobą. I nikt nie zadzwonił, robiło się coraz niezręczniej , wszyscy zaczęli gadać o czymś innym, aż w końcu ktoś ją zaprosił na dwudziesta piątą rocznicę ślubu do Rudnej Małej w podkarpackim. Bogu dziękować, bo i ja zaczęłam czuć coraz mocniejsze zarzenowanie.
Żart. Nic takiego się nie wydarzyło. Prima aprilis:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)