sobota, 23 stycznia 2010

Czy mam pecha

Czy szczęście. Oto jest pytanie. Mąż musiał wyjechać do Pacanowa i zostaliśmy z Rochem sami. W tym czasie tak się nieszczęśliwie stało, że mały znów dostał obrzęku krtani i zaczął mieć kłopoty z oddychaniem. Wezwałam pogotowie, przyjechało koło 23 i pan doktor chcąc nie chcąc musiał wbić w mały tyłeczek mojego synka wielką, po prostu ogromną igłę z lekiem znoszącym obrzęk. Co prawda moja siostra twierdzi, że te igły mają niewiele ponad 3 cm. ale ta właśnie miała z 7. I już. Potem wpakowano nas do karetki i odwieziono na Izbę Przyjęć.
Imponujące jest zachowanie dzieci w szpitalu. Przyklejone do nas pozwalają na wszystko, oddając się w stu procentach w nasze ręce. Roszko zamknął oczy, zacisnąl piąstki i nadstawił buzię, żeby można było założyć mu maskę z inhalacją. Oczywście gdyby mógł, siedząc u mnie na kolanach stopiłby sie ze mną w jedno, ale zaufał. Mój bohater:)
Tu gwoli wyjaśnienia: Roch po przedwczesnym urodzeniu przez 3 tygodnie był pod respiratorem, czyli intubowany, czyli przez nos włożono mu do środka, aż do oskrzeli gumową rurkę, która sięgała nieco poniżej tego miejsca, gdzie schodzą się obojczyki. Fachowo nazywa się to wentylacja mechaniczna.
To uratowało mu życie, ale ponieważ zawsze był silny i waleczny sam sobie to z 5 razy wyjął. W końcu przyklejono mu dłonie do pieluchy plastrami. To samowolne wyjmowanie, bez wcześniejszego przygotowania farmakologicznego niestety spowodowało, że synuś ma zwężoną krtań i pierwsza lepsza infekcja, głupi katar, powoduje jej obrzęk i groźbę uduszenia. Okropne to były czasy, ten pierwszy nasz szpital, ale było minęło i pa pa.
A wracając do ostatnich wydarzeń.
Ja byłam mniej więcej spakowana i przygotowana na pobyt w szpitalu, choć jak potem sprawdziłam, co wzięłam uśmiałam się szczerze. Na dodatek przez te pół nocy spędzonej na Izbie Przyjęć miałam jedną nogawkę dżinsów wsadzoną w kozak, a drugą na kozaku, ot, taka nonszalancka asymetria, pomyślałby sobie kto. Ale tam były z chorymi dziećmi całe rodziny, a ja jako jedyna byłam sama. I robiłam niezły cyrk, bo przed Rochem udawałam , że się świetnie bawimy, co go na prawdę odstresowało i w końcu na serio zaczął się nieźle bawić.
I tu pytanie-czy to jednak pech, cała ta okropna noc, i na dodatek nie miał mnie kto nawet za rękę potrzymać przy tym ciężko oddychającym synku, czy mieliśmy jednak szczęście, bo pani doktor, bardzo miła babka, stwierdziła, że "mama doświadczona, poradzi sobie w domu, tylko musi załatwić nebulizator". Mama oczywiście załatwiła nebulizator (dzięki Pola!!!) i udało się wrócic do domu. Plus-jeśli poradziłam sobie teraz, poradzę sobie następnym razem sama, czyli jestem coraz silniejsza. Minus- każda choroba dziecka to parszywe cholerstwo i choćby sie potem miało robić kupy złotem i tak człowiek by się w życiu na chorobę nie zgodził. Ach, poezja...

I dalej. Jeszcze przed epizodem pogotowianym robiąc szybkie zakupy w Realu okazało się, że nie dam sobie rady w autobusie z tym wszystkim +Roch. No to pech, pomyślałam i grzebiąc w kieszeni znalazłam stary kupon lotto. I wygrałam 20 złotych, akurat było na taksówkę.

Cały czas męża nie było, i nadal problem, tym razem zaczal psuć sie piec CO. Już widziałam, jak porzyczam drewno od sąsiadów i zasówam tam i z powrotem paląc w kominku, inhalując Roszka, robiąc jedzenie, paląc w kominku, inhalując Roszka, piorąc zabrudzone wymiotami roszkowymi ubrania i pościel(bo przy zwęzonej krtani dzieci przy kaszlu mają tedencje do wymiotów), paląc w kominku, inhalujac, piorac, paląc...
A piec działa, mąż przyjechał i byłam pewna, że jak piec się kapnie, że już można umrzeć- umrze, a on grzeje. Kochany.
I fajny telefon, jaki odebrałam siedząc w autobusie. "Kasia, jestem w SKLEPIE Z EKSKLUZYWNĄ ODZIEŻĄ ..."
" Z ekskluzywną odzieżą?!" ,
"NA WAGĘ przecież no, i jest tu taka ramoneska skórzana, jak ma nasz Bąbel, kupić ci?".
To był głos Gośki , głos z mojego Podkarpacia. I tak to nasz Roch bedzie miał ramoneskę z Podkarpacia:)
Wczoraj w nocy przyjechał Mariusz. Ja spałam 12 godzin, bo jednym z punktów wytycznych pani doktor była obserwacja oddechu roszkowego w nocy i ew. szybka reakcja (supermocny czopek, wynieść w kołdrze na mróz i tel. na 999 i czekać ). Miałam nastawiony budzik i co godzinę pilnie słuchałam oddechu i oglądałam czy buźka nie sinieje. I tak 3 noce pod rząd. Więc niech nikogo nie dziwi te 12 godzin, no!
I jestem dumna, dałam radę.
Zwierzaki biedne, na spacery nie chodziły, tylko na ogródek.Teraz i ja jestem chora, a raczej mam katar, ale taki parszywy, po prostu mam smarkotok. Non stop. Roszko też i tak sobie chodzimy po domu z czerwonymi oczami i nosami.
No dobra, wiem, wiem, mogło być lepiej, ale jeśli w tej chwili zamiast w szpitalu jesteśmy w domu na prawdę uważam, że nie jest źle. No co.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz